Wedding Content Day w Pałacu Goetz

Wedding Content Day w Pałacu Goetz

Wrocław jeszcze spał, kiedy wrzucałem torbę na tylne siedzenie. Kilka godzin drogi to niby niewiele, a jednak wystarczająco dużo, by w głowie zdążyły wybrzmieć wszystkie wątpliwości i oczekiwania. Majowy poranek był rześki, a trasa do Brzeska dłużyła się dokładnie tak, jak dłuży się droga do czegoś, na co czekasz od miesięcy. Jechałem tam, by na jeden dzień przestać być „samotną wyspą” z aparatem, a stać się częścią czegoś większego – Wedding Content Day w Pałacu Goetz.

Dla mnie to nie był tylko pałac. To nie był kolejny zabytek do odhaczenia na mapie. To było wyzwanie, które analizowałem w myślach z każdym przejechanym kilometrem.

Kiedy w końcu zaparkowałem i przekroczyłem próg, uderzyła mnie znajoma mieszanka zapachów: stare drewno, ciężka historia i… perfumy kilkudziesięciu osób, które weszły tam przede mną. Zacząłem się rozglądać. Tłum gęstniał, przeskanowałem twarze. Kojarzyłem kilka, ale tylko z małych, kwadratowych avatarów na Instagramie. Nie znałem tam nikogo osobiście. Byliśmy grupą nieznajomych, których łączyła ta sama obsesja na punkcie nieoczywistych kadrów.

Lody pękły przy wspólnym zdjęciu grupowym. To był ten krótki moment, kiedy musieliśmy stać blisko siebie, rzucić jakiś żart, uśmiechnąć się do obiektywu, który tym razem nie należał do nas. Potem szybki podział na grupy i zaczęło się. Koniec rozglądania – czas na instynkt.

Zaczęliśmy od spokoju. Pierwsze minuty spędziliśmy przy dekoracjach stołowych. To był czas na złapanie oddechu, na kalibrację oka i zrozumienie, jak majowe światło wpada przez te wysokie okna. Zasada jest jedna, każdy ma 5 minut.. Ale, że tylko 5 minut? Jak mam stworzyć kadry życia w  5 minut – pomyślałem. Obrałem strategię, nie być pierwszym i przemyśleć kadry w każdej minucie. Ale takie, żeby nie były wykonane przez nikogo wcześniej! Pierwszy raz poczułem, że 5 minut nie równa się 5 minutom. Zaraz potem weszliśmy w na górę: przygotowania panny młodej. Szukanie detali w zamieszaniu, łapanie skupienia na twarzy modelki, walka o każdy kadr, który opowie o oczekiwaniu. Fotografowałem instynktownie, dużo testowałem, zszedł stres. Dobre ujęcia wchodziły same! 

Ale to, co wydarzyło się później, było jak wejście na wyższy poziom trudności. Słynne schody w sali głównej. Monumentalne, ciemne drewno zdawało się pochłaniać każdą cząsteczkę światła. Czułem, że tu nie ma miejsca na błędy. Nie walczyłem z tym mrokiem; zaprosiłem do współpracy ISO i szeroki kąt.  Szumy zaczęły wyrywać światło z rzeźbienia barierki i blasku sukni, tworząc obrazy, które miały w sobie coś z barokowego malarstwa. 

Godzinę później scena ślubu – para, emocje i ta niesamowita przestrzeń, która zdawała się obserwować każdy nasz ruch,ale kątem oka widziałem „złotego grala” tego wydarzenia. Prawdziwy finał czekał jednak na zewnątrz.

Kiedy wyszliśmy do ogrodu, by sfotografować setup przed pałacową fasadą, aura postanowiła napisać własne zakończenie. Zaczęło padać. W powietrzu czuć było wilgoć, a na obiektywach zaczęły osiadać pierwsze krople. W mojej grupie, mimo że rano byliśmy dla siebie obcy, zapanował niesamowity spokój. Nikt nie wchodził sobie w drogę, nikt nie walczył o miejsce. Każdy dawał drugiemu przestrzeń, bo czuliśmy, że deszcz zmienia wszystko.

W centrum tego wszystkiego była Ania. Siedziała przy stole, podczas gdy świat wokół nas powoli zmieniał się w coś surowego i nieprzewidywalnego. Patrzyłem na nią i wiedziałem, że to jest „ten” moment. Jej spokój i klasa, z jaką ignorowała ulewę, sprawiły, że przestałem przejmować się zamoczonym aparatem, fotografowałem dalej. To ona skradła mój obiektyw tego dnia. Na zakończenie wykonałem jedno zdjęcie we wnętrzu pałacu, na tle czerwonej załsony. Przemoczona Ania w sukni ślubnej z bukietem kali. Wiedziałem, że to zdjęcie przejdzie do historii.  

Wróciłem do Wrocławia późno w nocy. Droga powrotna upłynęła mi w ciszy, którą przerywał tylko dźwięk deszczu o szyby. Byłem zmęczony, ale w głowie miałem setki kadrów. Bo dla mnie fotografia to nie jest zawód – to wyzwanie, by w obcym tłumie, w starych murach i w strugach deszczu odnaleźć chwilę, której nie da się powtórzyć.